teatr

Dmitrij Strelnikoff

Ruski miesiąc

Premiera światowa: 27 marca 2010

elblag
Autor plakatu: Leszek Żebrowski



Realizatorzy:

Reżyseria  - Giovanny Castellanos (Kolumbia)



Adaptacja i dramaturgia - Łukasz Molski
Opracowanie muzyczne - Giovanny Castellanos i Łukasz Molski
Scenografia i kostiumy - Aneta Suskiewicz
Ruch sceniczny - Filip Szatarski
Animacja i wizualizacja - Mikołaj Tousty wraz z zespołem
Asystent reżysera - Beata Przewłocka
Inspicjent/sufler - Dorota Pietrusińska



Obsada:


Piotr Smirnoff - Leszek Andrzej Czerwiński

Stanisława Bnińska - Anna Suchowiecka




Maksym Iljin - Krzysztof Grabowski

Kasia - Hanna Świętnicka–Grabowska




Suseł - Krzysztof Bartoszewicz
Matka Kasi - Teresa Suchodolska
Dziewczyna z ulotki, Dziewczyna ze Spamu, Była Żona Piotra - Marta Masłowska
Zombie, Skrzyneczka na datki, Reporter - Paweł Skowron
Ojciec Kasi, Ksiądz Apostoł, Metropolita Sawa, Ksiądz Czech - Lesław Ostaszkiewicz
Apoloniusz Kaiser, Asystent Uniwersalny - Tomasz Czajka
Pop, Ksiądz Wodnik- Jerzy Przewłocki
Mama Stasi -  Jolanta Tadla
Wikariusz Błach, Ksiądz Sędzia - Mariusz Michalski
Ksiądz Bazyli, Ksiądz Proboszcz, Świadek Piotra - Jacek Gudejko
Zakonnica I, Panna HulaHula, Mała Skrzyneczka, Asystentka Wielofunkcyjna  - Irena Adamiak
Ciocia Hania, Psycholog, Zakonnica II - Beata Przewłocka  

Galeria zdjęć ze spektaklu „Ruski miesiąc” /Wszystkie zdjęcia ze spektaklu – Wiesław Czerniawski/:





























































Po spektaklu:

Od lewej do prawej: Giovanny Castellanos, Mirosław Siedler, Dmitrij Strelnikoff.


Autor i realizatorzy (od lewej do prawej): Przemysław Matyjaszek - przedstawiciel zespołu Mikołaja Toustego, Giovanny Castellanos, Filip Szatarski, Aneta Suskiewicz, Łukasz Molski, Dmitrij Strelnikoff.



Autor i reżyser.







Ja chcę więcej takich spektakli!

„Ruski miesiąc” w reż. Giovanny'ego Castellanosa w Teatrze im. Sewruka w Elblągu. Pisze Karolina Śluz na portalu info.elblag.pl.

„Powiało świeżością u Sewruka. Najnowszy spektakl zupełnie odbiega od tego, do czego przywykli widzowie elbląskiego teatru. Można rzec, że to jest to, czego na elbląskiej scenie teatralnej brakowało od dawna. Aktualny, kontrowersyjny problem, nowoczesna, ale nie przesadzona forma, niezwykła scenografia, świetny reżyser oraz widoczna ręka dramaturga – to cechy wyróżniające ten spektakl. Zainteresowani już wiedzą, że chodzi o „Ruski miesiąc”, którego premiera miała miejsce w minioną sobotę.
Przypomnijmy, spektakl „Ruski miesiąc” to pierwsza teatralna adaptacja książki Dmitrija Strelnikoffa pod tym samym tytułem. Historia Piotra Smirnoffa, cudzoziemca, któremu trzy lata zajęło doprowadzenie do zawarcia ślubu mieszanego (katolicko-prawosławnego) z Polką jest pretekstem do uwypuklenia przywar Polaków, wskazania naszych stereotypów i uprzedzeń w stosunku do Rosjan oraz wyśmiania absurdów, które są już tak powszechne, że nawet ich nie zauważamy.
„Ruski miesiąc” zawiera wiele form nowych dla elbląskich widzów. Ciekawy był zabieg, gdzie akcja była widziana jednocześnie z kilku perspektyw (np. scena w studiu telewizyjnym). Jest to spektakl interaktywny. Jednak ta interaktywność nie polega na wyciąganiu widza na scenę. To aktorzy wychodzą do widzów, zwracają się bezpośrednio do nich, a nawet traktują jak część choreografii (np. w scenie gdy Pop podlewa ogród).
Uderzający jest kontrast pomiędzy bardzo nowoczesną scenografią, na którą składają się m.in. projekcje filmowe, a wyglądem aktorów, którzy ucharakteryzowani są na lata 50 - 60. Takich kontrastów jest więcej. Chociażby scena erotyczna, na tle piosenki „Złote obrączki”. Daje to komiczny efekt, a jednocześnie uświadamia widzowi, że mimo tego, iż świat nieustannie idzie do przodu, my przez swoje uprzedzenia i przyzwyczajenia do tego co znamy, zostajemy w tyle.
Lecz na nic byłby te wszystkie zabiegi, gdyby w spektaklu zabrakło najważniejszego - punktu zapalnego, prowadzącego do refleksji. Tutaj tych punktów nie brakuje.
Kilka słów o aktorach
Postać Piotra Smirnoffa, głównego bohatera zagrał Leszek Andrzej Czerwiński. Była to duża i trudna rola, stanowiła więc wyzwanie dla tego młodego i niezwykle utalentowanego aktora. Wyszło dobrze, ale ci, którzy znają możliwości Czerwińskiego wiedzą, że „dobrze” to za mało. Można odnieść wrażenie, że aktor jeszcze nie do końca rozumie się ze swoja postacią. Z chęcią wybiorę się na „Ruski miesiąc” za jakiś czas, by zobaczyć czy udało mu się głębiej wejść w postać Smirnoffa.
Warta uwagi jest znakomita kreacja Teresy Suchodolskiej, która wcieliła się w postać teściowej. Bez wahania można powiedzieć, że jest to najlepiej zagrana rola w tym spektaklu. Ta doskonała karykatura polskiej teściowej jest przerysowana, ale to nie razi. No i te fenomenalne miny, niczym z komiksu. Komiczność tej postaci dodatkowo podkreślała postać lekko „skapiałego” teścia, w którego wcielił się Lesław Ostaszkiewicz.
Wielu elbląskim aktorom współpraca z Giovannym Castellanosem wyszła na dobre. Okazało się , że ci po których moglibyśmy się spodziewać, że nie pokażą już nic nowego, mają jeszcze coś do powiedzenia. Mowa tu m.in. o Jacku Gudejce czy Jerzym Przewłockim.
Odważne erotyczne sceny to rzecz, z którą musiała zmierzyć się czwórką młodych aktorów. W jednej scenie zagrali Leszek Czerwiński i Anna Suchowiecka, w innych Hanna Świętnicka-Grabowska i Krzysztof Grabowski i co najważniejsze naprawdę poradzili sobie z tym dobrze.
Co więcej o spektaklu? Chyba tylko tyle, że naprawdę warto go zobaczyć.”
„Ruski miesiąc. Ja chcę więcej takich spektakli!”

KŚ [Karolina Śluz]
www.info.elblag.pl
02-04-2010
Źródło: Polski Wortal Teatralny

 

Groteskowa walka z wiatrakami biurokracji i absurdów

„Ruski miesiąc” w reż. Giovanny'ego Castellanosa w Teatrze im. Sewruka w Elblągu. Pisze Jarosław Grabarczyk w Dzienniku Elbląskim.

„Już pierwsza scena spektaklu, w którym główny bohater Piotr Smirnoff i jego przyjaciel puszczają na widownię samoloty z papieru, zaskakuje i zapowiada, że nie będzie to przedstawienie takie, jak inne.
I rzeczywiście - z każdą kolejną sceną coraz bardziej przekonujemy się, że mamy do czynienia z niecodziennym spektaklem, tchnącym świeżością i współczesną estetyką teatralną - z przedstawieniem mocno osadzonym w formie, poszukującym nowych środków aktorskiego wyrazu.
Mowa o „Ruskim miesiącu” - sztuce zrealizowanej na elbląskiej scenie z okazji Międzynarodowego Dnia Teatru, która w minioną sobotę miała tu swoją światową prapremierę. Spektakl wyreżyserowany został przez Giovanny'ego Castellanosa w oparciu o powieść Dmitrija Strelnikoffa pod takim samym tytułem.
Jak przystało na światową prapremierę, mamy tu wszystko, co powinno charakteryzować spektakl najwyższych lotów: ciekawy scenariusz, mało oklepany temat, dobre, współczesne aktorstwo, zaskakujące rozwiązania inscenizacyjne, świetne tempo akcji, dużo humoru i odpowiednio dobraną muzykę.
W machinie biurokracji i stereotypów
„Ruski miesiąc” opowiada nam historię Piotra Smirnoffa, Rosjanina mieszkającego w Polsce, który zakochuje się w Polce i chce wziąć z nią ślub (mieszany, katolicko-prawosławny). Bohater nieustannie zmaga się z nieprzystosowaniem prawa kościelnego do jakichkolwiek przemian. Skostniałe zasady, które nie zmieniają się od wieków, nie są przystosowane do nowych przedsięwzięć, które niesie ze sobą życie. Dlatego też dopełnianie wszelkich formalności i pokonanie biurokratycznej machiny trwa przysłowiowy „ruski miesiąc”, czyli trzy lata.
Sztuka ukazuje nam właśnie ową biurokratyczną machinę, wyśmiewa bezduszność urzędników i hierarchów, którzy z jednej strony są nieugięci w swoich postanowieniach i piętrzą problemy, a z drugiej wciąż wyciągają ręce po pieniądze (datki, łapówki itp.). Ale
jest to tylko jeden z aspektów tego przedstawienia.
Polacy w oczach cudzoziemców
To, co oglądamy na scenie, można też nazwać portretem Polaków, nakreślonym przez mieszkających tu cudzoziemców. Nie jest to obraz zbyt optymistyczny, ale trzeba się pogodzić z tym, że „Jak nas widzą, tak nas piszą”. Przy okazji warto wspomnieć, iż wiarygodności całej historii dodaje fakt, że zarówno autor powieści, jak i reżyser są obcokrajowcami mieszkającymi w Polsce i na własnej skórze doświadczyli problemów, z jakimi borykają się bohaterowie spektaklu.
Realizatorzy „Ruskiego miesiąca” nie śmieją się z Polaków, ale wyśmiewają nasze przywary, nasze wady narodowe. Jak w krzywym zwierciadle oglądamy więc na scenie samych siebie: zagorzałych katolików, ziejących nienawiścią do wszystkich, którzy myślą lub wyglądają inaczej niż my, sfrustrowanych, zgorzkniałych Polaków, którzy nie lubią Niemców i Rosjan za II wojnę światową i Katyń, staroświeckich rodziców, dla których ważniejsze od szczęścia ich dzieci jest to, co powiedzą ludzie, jakieś bzdurne tradycje, uprzedzenia i przeczucia.
Trochę strasznie, trochę śmiesznie
Dostaje się w tym spektaklu także mediom, które z każdej tragedii, z najintymniejszych ludzkich problemów i nieszczęść potrafią zrobić show. Pośrednio obrywają oczywiście także widzowie, bo gdyby oglądalność takich programów była znikoma, to nikt by ich nie realizował.
Ktoś powie, że wszystko, co pokazywane jest w tym spektaklu, jest mocno przerysowane, a momentami aż za bardzo ostre i dosadne - wręcz niesmaczne. Może i tak, ale takie już są prawa groteski, że nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać. A właśnie w konwencji groteski zrealizowana jest ta sztuka.
A skoro już o śmiechu mowa, to szczególnie zabawne są w tym przedstawieniu różnego rodzaju aluzje do współczesnego świata polityki, pop-kultury i mediów, do scen, postaci i powiedzonek, znanych nam choćby z telewizyjnego ekranu.
Najważniejsze jest jednak to, że na śmiechu sztuka ta się nie kończy, bo już w trakcie spektaklu przychodzi refleksja i pojawiają się pytania, na które odpowiedzi spróbujemy z pewnością poszukać już po wyjściu z teatru.
We współczesnej estetyce teatralnej
Jeszcze przed premierą realizatorzy „Ruskiego miesiąca” zapowiadali, że będzie to spektakl tchnący świeżością, we współczesnej estetyce teatralnej, mocno osadzony w formie i poszukujący nowych środków aktorskiego wyrazu. I rzeczywiście takie jest to przedstawienie, zaskakuje swoją odmiennością, współczesnymi rozwiązaniami technicznymi, inną niż zwykle grą aktorską, dość wyrazistymi makijażami, a elbląscy aktorzy udowadniają, że nie boją się nowych wyzwań.
Spośród występujących w tej sztuce aktorów, moim zdaniem, najlepsze role stworzyli Lesław Ostaszkiewicz (Ojciec Kasi, Ksiądz Apostoł, Metropolita Sawa, Ksiądz Czech) i Teresa Suchodolska (Matka Kasi). Jednak na duże słowa uznania zasługują także pozostali aktorzy.”
Jarosław Grabarczyk
Dziennik Elbląski nr 78/02.04.
05-04-2010

Źródło: Polski Wortal Teatralny




Dmitrij Strelnikoff o Ruskim Miesiącu

W sobote, 27 marca o ogdz. 18:00 w Teatrze im. Aleksandra Sewruka odbędzie się światowa prapremiera scenicznej adaptacji powieści "Ruski miesiąc" autorstwa Rosjanina - Dimitrija Strelnikoffa. Jest to opowieść o wielkiej miłości Rosjanina i Polki, którzy chcąc wziąć ślub mieszany (katolicki i prawosławny), napotykają na swojej drodze szereg problemów związanych z biurokracją. O tym ile trwa tytułowy "Ruski miesiąc" w rozmowie z Moniką Stando opowiada Dimitrij Strelnikoff.

Dmitrij Aleksandrowicz Strelnikoff – rosyjski pisarz, biolog oraz dziennikarz telewizyjny, radiowy i prasowy, absolwent Zaocznej Szkoły Matematycznej Uniwersytetu Moskiewskiego im. M.W. Łomonosowa oraz Wydziału Biologii Uniwersytetu Warszawskiego. Obecnie mieszka w Warszawie.

Pisarz dwujęzyczny, w swojej twórczości posługuje się językiem rosyjskim i polskim: rosyjski - ojczysty, polski - nabyty. Autor blisko dwustu publikacji prasowych w Rosji i Polsce; bard, którego piosenki zostały wydane w prestiżowej serii "Bardowie Rosji".

Dmitrij A. Strelnikoff urodził się w 1969 w Azji Środkowej, w mieście Ałma-Ata - stolicy Rosyjskiego Siedmiorzecza (obecnie terytorium należące do suwerennego państwa Kazachstan). Głównymi filarami drzewa genealogicznego Strelnikoffa są przedstawiciele rodów o nazwiskach Strelnikoff, Anan’in, Bartoszewicz i Jackiewicz. Jego przodkowie wywodzą się między innymi od bojarów średniowiecznego Nowogrodu Wielkiego (pierwszej stolicy Rusi Kijowskiej), Kozaków Siedmiorzecza i szlachty rusko-litewskiej z czasów Ruryka i Giedymina.

Strelnikoff jest autorem takich książek jak: „Nikołaj i Bibigul”, "Ruski miesiąc", "Nocne życie aniołów", tomiku poetyckiego "Homo Mirabilis" oraz trzydziestotomowej "Wielkiej Encyklopedii Zwierząt". Swoje wiersze w języku rosyjskim autor publikował w moskiewskim miesięczniku literackim "Знамя".

W 2005 w Moskwie nagrał płytę "Российские барды, диск 5", na której znalazło się dwadzieścia piosenek jego autorstwa oraz utwory takich wykonawców jak Andriej Anpilow, Jurij Wizbor, Weronika Dolina, Aleksander Suchanow i Tatjana Synicyna.

Od września 2005 do grudnia 2007 Dmitrij Strelnikoff wielokrotnie występował w programie TVP2 "Europa da się lubić". Od marca 2007 występuje również w innym programie TVP2 – "Pytanie na śniadanie", gdzie przez wiele miesięcy prowadził swoją autorską audycje poświęconą życiu zwierząt i roślin. Latem 2007 Strelnikoff w ramach akcji "Lato z Dwójką" promował za pośrednictwem TVP2 Mazury, a jego ekipa telewizyjna odwiedziła Olsztynek, Mikołajki, Ełk, Giżycko i Mrągowo.

O tym ile trwa tytułowy „Ruski Miesiąc”, oraz czy historia miłości Rosjanina Piotra Smirnoffa i Polki Stanisławy Bnińskiej opisana w powieści jest autentyczna, z autorem powieści Dmitrijem Strelnikoffem rozmawiała Monika Stando.

Czy opisana w powieści historia miłości dwojga młodych ludzi, którzy spotykają w kraju Chopina i moherowych beretów, gdzie chcą zawrzeć ślub kościelny, lecz na swojej drodze napotykają szereg problemów związanych z biurokracją kościelną, jest prawdziwa i czy dotyczy Pana osobiście?

Ta historia jest prawdziwa w 100% i jak najbardziej dotyczy też mnie. Nie odważyłbym się napisać takiej powieści wymyślając te wszystkie śmieszne, zaskakujące, a czasem wprost szokując wątki ponieważ, gdyby były one wyssane z palca, nie byłbym uczciwy wobec Czytelnika – wyszedłbym na wariata, który szuka nieistniejących problemów i absurdów. Doświadczyłem tego wszystkiego i opisałem, ponieważ nie można było tego nie opisać, takich historii nie wolno marnować! Są darem od Boga kimkolwiek on jest. Do rzeczywistych wydarzeń dodałem wiele humoru i odpowiedziałem przy okazji na wiele innych pytań, które mnie nurtują, a które nie są bezpośrednio związane z romantyką ślubnych kobierców. Zatem z pewnością jest to książka o mnie, o mojej próbie zwalczania głupoty i wyśmiewania absurdu, który notabene nie ma narodowości. Absurd jest materią ponadnarodową. Ponieważ jednak akcja toczy się głównie w Polsce, to też historia opiera się przede wszystkim na absurdach tutejszych, lokalnych. Dlatego też książka jest tak interesująca dla Polaków.

A ile trwa tytułowy „Ruski miesiąc”?

Odpowiadając na to pytanie filozoficznie można by rzec, że „ruski miesiąc” trwa w Polsce, jak i w Rosji od dziesiątek lat, strasznie długo. Mam na myśli absurdy, z którymi spotykamy się na co dzień i walczymy, póki starcza nam energii i wiary. Jeśli zaś chodzi o tytułowy „Ruski miesiąc”, o przygodę głównego bohatera powieści, czyli Piotra Smirnoffa, to trwa ona trzy lata. Czyli: zwykły miesiąc pomnożony przez 36 – tyle trwa opisany przeze mnie ruski miesiąc.

Jak Pan wspomniał, powieść ta jest próbą zwalczania absurdów polskiej mentalności. Czy zatem książka ta miała być pewnego rodzaju terapią dla Pana jako Rosjanina mieszkającego w Polsce?

Dla mnie książka jest zawsze częścią mnie. Pisanie jest dla mnie rozrywką, a także dużą radością. Kocham literaturę. Bardzo sobie cenię też, że mogę pisać w języku nabytym, to dodaje smaku mojej twórczości. Czy jest terapią? Na pewno próbą pozbierania pewnych spostrzeżeń dotyczących współczesnej Polski i Rosji, także kolekcjonowania charakterystycznych obrazków z życia mieszkańców naszych krajów. Jest to więc pewnego rodzaju praca naukowa. Nie wiem czy powieść „Ruski miesiąc” miała być dla mnie terapią. Raczej nie. Nie oczekiwałem, że naprawi coś w mojej psychice. Może dlatego, że nie potrzebuję takiej pomocy: doskonale się czuję w Polsce i w Rosji.

W książce wskazuje Pan na jedność mentalności Polaków i Rosjan, na tę słowiańską duszę. Jednak dziwi się Pan zarazem polskiej mentalności. Czy zatem Polacy i Rosjanie są rzeczywiście tak bardzo do siebie podobni?
Uważam, że Polacy i Rosjanie są do siebie bardzo podobni. Są sobie bliscy. Osobiście nie miałem żadnego problemu, żeby się zaadoptować i zadomowić w Polsce. Żyję polskimi sprawami, ale to nie wymaga ode mnie odcięcia od życia w Rosji, gdzie jestem wciąż obecny i aktywny: bywam, publikuję, uczestniczę w życiu kulturalnym, mam wielu przyjaciół i rodzinę. W ogóle, mówiąc szczerze, pytanie o podobieństwach i różnicach jest jednocześnie łatwe i trudne. Łatwe dlatego, że inteligentni ludzie są tacy sami na całym świecie. Trudne, bo ciężko jest porównywać ludzi myślących. inteligencja jest rodzajem egzotycznego warzywa dla tych, którzy żywią się głównie papką hojnie serwowaną przez telewizję i kolorowe pisma. Tacy ludzie łatwo ulegają manipulacji, potrafią kochać lub nienawidzić nie zastanawiając się skąd bierze się ich miłość lub nienawiść. Tacy są zarówno w Rosji, jak i w Polsce. I pod tym względem też są bardzo do siebie podobni.

Jaki jest obraz Rosjanina w Polsce?

Obraz Rosjanina w Polsce, w moim odczuciu, niestety jest koszmarny. Z resztą Rosjanie sami bardzo ciężko pracują na ten wizerunek, nie tylko jako przedstawiciele grup mafijnych działających w Europie, ale także jako producenci filmów, niekończących się seriali na temat mafii, których ja osobiście mam serdecznie dosyć. Ale nie tylko o to chodzi. Polska jest trudnym dla Rosjan krajem, gdyż jest państwem wybitnie rusofobicznym. Pod tym względem można ją porównać do trzech krajów nadbałtyckich: Litwy, Łotwy i Estonii, gdzie dochodzi do tego, że w reklamach straszą dzieci samym brzmieniem języka Tołstoja i Puszkina. Czasem odnoszę wrażenie, że polscy pseudopatrioci zazdroszczą takich pomysłów swoim najwierniejszym sojusznikom w nowej UE. Żywię jednak nadzieję, że jest to stan przejściowy. Ostatnio widzę, że pozytywne zmiany są możliwe, że powszechna, podświadoma polska rusofobia, niezrozumiała i atawistyczna, powoli przechodzi w stan bardziej dowcipny, przyjemniejszy, śmieszny. Trzeba też dodać, że na szczęście obraz Rosjanina w Polsce nie jest jednoznaczny. Środowiska związane ze światem kultury, które jak to niestety zwykle bywa, nie stanowią większości populacji, tradycyjnie wolą widzieć Rosjan, jako przedstawicieli wybitnej kultury europejskiej.

A skąd wynikają stereotypy na temat Polaków w Rosji i Rosjan w Polsce?

Jeżeli chodzi o obraz Polaka w Rosji, to muszę od razu powiedzieć, że Rosjanie wiedzą o Polakach bardzo niewiele, w ogóle nie interesują się Polską. W Europe Rosjanie tradycyjnie skupiają swoją uwagę na takich krajach jak Francja czy Niemcy. Popularna też jest Anglia, gdzie Rosjanie robią kariery artystyczne lub korzystając z dobrodziejstw demokracji, ukrywają się przed rosyjskim wymiarem sprawiedliwości. Reszta krajów dla Rosjan istnieje wyłącznie jako kraje wczasowe i wtedy pojawia się na tak zwanej tapecie Chorwacja, Grecja, Turcja czy Egipt, a więc kraje położone nad morzem Śródziemnym. Polska jest dla Rosjan niczym terra incognita. Jeżeli się pojawiają jakieś odniesienia, to dotyczą one głownie okresu, w którym to Polacy okupowali moskiewski Kreml, a na tronie rosyjskim mógł zasiąść król Polski. W latach 70-80-tych ubiegłego stulecia Rosjanie dobrze kojarzyli kino polskie. Ale pokolenie, które kochało się w Olbrychskim, Cybulskim, Machulskim, Stuhrze, Bińczyckim, Dymnej i Brylskiej jest już dojrzałe i delikatnie mówiąc powoli odchodzi do lamusa. Młodzież rosyjska praktycznie nic o Polsce nie wie. Kto jest temu winny? Może polskie ministerstwo spraw zagranicznych i kultury? W końcu promocja kraju, to ich „działka”. Pewnie jak zawsze chodzi o pieniądze, które są wydawane chętniej na wojsko niż na kulturę.
Jeżeli zaś chodzi o to, dlaczego Polacy tak negatywnie postrzegają Rosjan, to trzeba wskazać, że na to wpływały i nadal wpływają różne czynniki. Oczywiście pierwszy to konkurencja o wpływy i tereny, które w chwili obecnej egzystują jako niepodległe państwa: Białoruś i Ukraina – ciągle je sobie wydzieraliśmy, by powiększać swoje imperia. Nie próżnowali też nasi przywódcy religijni. Katolicy demonizowali prawosławie, prawosławni demonizowali katolików. Potem Rzeczpospolita Obojga Narodów okupowała zachodnią Rosje wraz z Moskwą. Potem klęska Rzeczypospolitej – rozbiory, rzeź bolszewicka i wojna 1939 roku. Łatwo nie było. Ale trzeba żyć dalej! U wielu narodów świata jest zwyczaj, aby witając nowy rok wyrzucać jakiś przedmiot symbolizujący wszystkie nieszczęścia roku odchodzącego. Może Polacy też kiedyś do tego dojrzeją? Wierzę w to. Przecież potrafili wybaczyć Niemcom rozbiory i agresję hitlerowską, o czym wyraźnie wspominam w „Ruskim miesiącu”. Dla mnie osobiście jest to arcyciekawe zjawisko, poświęciłem mu w powieści sporo uwagi. Jestem pacyfistą i chciałbym, żeby wszystkie narody na całym świecie się dogadywały. Ja bym chciał, żeby Polacy zrozumieli, że można pokochać także Rosjan, a nie tylko Niemców. W istocie jesteśmy bardzo nieszczęśliwym narodem – nikt tak nam nie zaszkodził, jak my sami. Na przestrzeni ostatnich 100 lat ponieśliśmy ogromną klęskę.

Mieszka Pan w Polsce już od ponad 20 lat, Czy czuje się Pan Polakiem w jakimś sensie?

Czuję się Polakiem chociażby z tego powodu, że mam Polaków w swoim rodowodzie – znakomitych Polaków z wybitnych rodzin Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Byli wśród nich też powstańcy, na przykład mój praprapradziadek Mikołaj Bartoszewicz, powstaniec styczniowy. Ale ja przede wszystkim chcę być nie tyle Rosjaninem czy Polakiem, ile człowiekiem wolnym, chcę być kimś, kto mieszka tam, gdzie mu się podoba, kto kocha i jest kochany. Często o takiej postawie mówi się, że jest kosmopolityczna. Kosmopolityzm ma jednak wydźwięk pejoratywny, bowiem kosmopolitów często uważa się za konformistów. Mój kosmopolityzm jest bardziej filozoficzny niż konformistycznym. Filozofia moja jest bardzo prosta, chcę spędzić życie, które mi darowano wśród sympatycznych ludzi. Fanatycy, furiaci niszczą świat, a miłość i wiara go odbudowują. Ta miłość i wiara jest w moich książkach, również w „Ruskim miesiącu”. Nie uciekam więc od „brudów tego świata”, walczę z nimi, ale nie zamierzam się w nich taplać.

Czy cieszy się Pan, że powstała adaptacja teatralna Pana powieści?

Ogromnie się cieszę! Zresztą nie raz o to zabiegałem. Ubiegam się także o adaptację filmową mojej powieści, wiele zrobiłem, żeby ta książka została zauważona. Nie mogę się doczekać prapremiery „Ruskiego miesiąca” na deskach teatralnych.

Czy od razu przeczuwał Pan, że Pana książka stanie się bestsellerem?

Z całą pewnością, ponieważ Polacy, podobnie jak Rosjanie, a może nawet bardziej, uwielbiają czytać o sobie – niezależnie czy pisze się o nich pozytywnie czy krytycznie. Tego rodzaju książki w Polsce zawsze wywołują fale zainteresowania i ciekawe dyskusje. „Ruski miesiąc” wbrew temu, że się ogólnie spodobał i tysiące Polaków przeczytało go, ma także wielu krytyków, ludzi, którzy uważają, że ta powieść jest wielką pomyłką, a jej autor nienawidzi Polski i Polaków. Śmieję się gdy to słyszę, bo przecież mam polskie korzenie. Część moich przodków była także katolikami i mi to nie przeszkadza. Ani nie przeszkadza mi to, że zostałem ochrzczony w kościele prawosławnym. Prawda jest taka, że Bóg jest jeden i mieszka w człowieku. Ja kocham wszystkich ludzi, mi zależy tylko na jednym – żeby ludzie mieli dostatnie, godne życie, żeby byli wolni i uśmiechnięci. Zanim jednak nie zwalczymy absurdów, a najlepszą walką z absurdem jest śmiech, nie możemy liczyć na to, że nasze życie poprawi się. I taka była moja intencja, gdy pisałem ”Ruski miesiąc”.