„Nocne życie aniołów”, opowiadanie PLACENTA - fragment

Część I
Leżąca pod telewizorem, na półce z książkami, muszla morskiego ślimaka była żałosna. Nie dość, że zakurzona i brudna, to w dodatku był to zwyczajny chłam. Rzecz pospolita i banalna.
Rapana - gatunek zwyczajny, używając łaciny, można by rzec - wulgarny. Nie ma w nim nic z prawdziwych ładnych morskich muszli. Takich jak błyszczące i mieniące się żywymi kolorami zębate porcelanki czy wykwintne, kryjące w sobie setki zaskakujących szczegółów rozkolce. Nie, Rapana to zwykły chłam, który wszędzie można zobaczyć i kupić za psie pieniądze, za parę groszy, będąc nad najbardziej banalnym morzem Atlantyku, właściwie jego nędzną, wschodnią zatoką - Morzem Czarnym. Widok Rapany jest żałosny niczym obraz rozgniecionego na drodze wstężyka austriackiego. Właściwie rozgnieciony wstężyk austriacki nawet lepiej wygląda niż ta żenująca, zwyczajna, nikomu niepotrzebna, zakurzona Rapana.
Wziąłem muszlę do ręki, otarłem głęboko wrośnięty w nią kurz i odruchowo podniosłem do prawego ucha. Spotkanie dwóch konch, tak nadmiernie rozreklamowane, nie wniosło do mojego życia niczego, prócz jeszcze większego zgorszenia i obrzydzenia tą niepotrzebną, zbędną rzeczą z mojego najbliższego otoczenia, tym bibelotem, rupieciem gorszym od rozgniecionego wstężyka austriackiego na koszmarnej wiejskiej słowiańskiej drodze. Chciało mi się cisnąć tym przedmiotem, tą zakurzoną skorupą, prosto w ścianę. Żeby rozpadła się na kawałki, w drobny mak, żeby w moim domu nie pozostał po niej ślad. Aby znikła na zawsze - won z mojego domu!
Rzeczy banalne mnie denerwują. Leży takie coś i denerwuje. Takie nic, i nie wiadomo, co z tym zrobić. I w ogóle nie wiadomo, po co mi to wszystko.
Nie będąc w stanie wyrzucić z głowy kłębka myśli, z którego nić zahaczyła o zakurzoną Rapanę, zacząłem lać wodę do wanny i sypać do niej sole nasączone olejkami. Usiadłem w tej małej tężni, znajdującej się na drugim piętrze powojennej kamienicy na Muranowie, usiadłem na jedynym przedmiocie, który w łazience w pełni nadawał się do siedzenia i myślałem o głupiej Rapanie.
Rapana thomasiana, odkryta i opisana przez jakiegoś Crosse w roku 1861. W tym roku urodził się Rabindranath Tagore. A 14 października tegoż roku na terenie Królestwa Polskiego namiestnik rosyjski generał Karol Lambert na rozkaz cesarza Rosji Aleksandra II wprowadził stan wojenny. Wiadomo - każdemu swoje: komuś obóz wojska rosyjskiego w stolicy, komuś malutki Rabindranath Tagore w szkarłatnym zawiniątku z pyłkiem kwiatu hibiskusa na czarnych kędzierzawych włoskach, a komuś - nowy gatunek morskiego ślimaka do odkrycia.
Rapana Tomasa - Tomasza po polsku. Próbuję sobie wyobrazić tego Tomasza - tłustego leniwca, wiecznie pijanego, z łysiną i żółtymi paznokciami. Czemu ten Crosse nazwał Rapanę na cześć jakiegoś Tomasza, tego nietrzeźwiejącego nicponia? Co ich łączyło? Jakaś tajna męska więź, jakieś wspólne zbereźne upodobania? Tak czy inaczej Crosse wyłowił gdzieś Rapanę, nie opisany dotąd przez naukę europejską gatunek ślimaka morskiego, i opisał. A może i nie wyłowił wcale, tylko dostał od jakiegoś marynarza, lub kupił od niego, lub nabył od podróżnika - takiego Paganela powiedzmy, Jakuba Paganela. Choć raczej nie - wtedy pewnie nazwałby tego ślimaka Rapaną Jakuba. A może ten cały Crosse sam miał na imię Tomasz i nazwał morskiego ślimaka swoim własnym imieniem? Czemu nie - sam opisał nowy gatunek, można powiedzieć: odkrył go, no i nazwał swoim imieniem. "Niech to będzie moja Rapana do ciężkiej cholery!" - tak mógł pomyśleć sędziwy starzec Crosse i nazwał ją swoim imieniem, raz-dwa i po wszystkim. Może zrobił to po to, aby jego syn, który z powodów zupełnie niejasnych nienawidził swojego poczciwego ojca, syn, który również był zoologiem, mógł później opowiadać kolegom: "Tego na przykład ślimaka morskiego opisał, przepraszam - odkrył i opisał mój papa. Mój własny papa to zrobił!".
Już siedząc w wodzie i patrząc, jak na wysokim, prawie nieosiągalnym suficie marszczy się źle wygładzony podczas ostatniego remontu cekol, tzw. C-40, myślałem, że to moje dzisiejsze spotkanie z Rapaną, a przede wszystkim moje myślenie o jej odkrywcy Crosse i tajemniczym Tomaszu, to nic innego, jak początek nowej, nie znanej jeszcze nauce i medycynie choroby. Tak, to na pewno jakaś choroba psychiczna, na którą cierpieli starożytni Egipcjanie i dlatego wymarli, pozostawiając po sobie swoje beznadziejne, obrzydliwe piramidy. Pryszcze na czole Ziemi.
Nić mojej myśli na chwilę dotknęła powierzchni słonej, oleistej wody i momentalnie namokła, stała się ciężka i zaczęła spełzać na dno wanny niczym czerwona, nalana tłuszczem i deszczową wodą dżdżownica. Zjawiska ruchu kapilarnego wody szybko doprowadziły do zalania całego kłębka, który tkwił w mojej egipskiej głowie. Namiękła myśl, pętla za pętlą, ześlizgiwała się do wody i było to piękne uczucie uwolnienia się od tasiemca. Nigdy przedtem nie uwalniałem się od tasiemca, ale myślałem, że właśnie tak to może wyglądać, że tak to można odczuwać. Pustka w głowie została zabalsamowana olejkami i solami. Mój sarkofag płynął spokojnie błękitnym Nilem ku stadom białych, tłustych ibisów z obrzydliwymi łysymi głowami o zawsze brudnych, żółtych paznokciach. Ptaki te zostały wysłane przez straszne arabskie bóstwa w celu rejestrowania losów wszystkich ludzi na świecie. Gdy ibisy zaczęły rejestrować mój los, zrozumiałem, że to sam bóg Thot, bóg księżyca i pan czasu, wpatruje się w moje nagie, z oznakami męskości, ciało. Wiedząc, że Thot jest również opiekunem cyfr, zapragnąłem porozmawiać z nim o nich. Zawsze mnie interesowało, jak to jest - być opiekunem cyfr? Ale Thot nie chciał ze mną rozmawiać. Będąc również patronem pisarzy i nauk, bóg Thot wolał rozmawiać z ludźmi obdarowanymi talentem, a nie z jakimś zabalsamowanym przeciwnikiem Rapany.
Moja głowa napełniała się galaktykami. Wiadomo - gdzie pustka, tam i gwiazdy. Już Jurij Gagarin poleciał w swoją pierwszą podróż i Aleksiej Leonow wyszedł w pięknym skafandrze ze statku "Woschod-2" i zapukał gazowym kluczem w ciemną kopułę gdzieś pomiędzy moimi oczami... W sumie po co mi ten cały Thot? Może to i nie Thot wcale, tylko zakamuflowany Thor? I nie ibisy, tylko wilki? U tych Germanów zawsze wszystko jest zakamuflowane. A więc Thor - władca piorunów, burz, zarazy i głodu. Milusiński. Z koszmarnym młotem, w żelaznych rękawicach. Od razu widać, że Niemiec. Powiało północą, poczułem chłód. Gdzieś na dole, pod wanną albo na jej dnie, poruszały się długie, śliskie i błyszczące, szerokie liście laminarii. Ryby, które toczyły swe prymitywne zabawy wśród tych długaśnych wodorostów, słały mi pozdrowienia od jednookiego starca Odyna - właściciela mądrych kruków Hugina i Munina, boga poezji, mądrości i wynalazcy znaków runicznych. Jednak już nie chciało mi się rozmawiać ani z Thotem o cyfrach, ani z Odynem o znakach runicznych, było mi zimno i zależało mi tylko na jednym - umieć dobrze pływać.
Kołysząc się w wodzie, czułem, jak rosną mi płetwy. Najpierw wydłużyły się palce u nóg. Bardzo powoli, aby nie bolało. Wydłużyły się i połączyły błoną pławną. To samo stało się z palcami u rąk. Czułem się doskonale. Uzyskałem nadzwyczajną lekkość ruchów w wodzie. Byłem w swoim żywiole. Latałem i śpiewałem piosenkę Okudżawy o pestce winogrona, którą miałem zamiar zasadzić w ciepłej ziemi. Ta pestka w moim wyobrażeniu była małą galaktyką, z której miała wyrosnąć duża. Rozglądałem się, gdzie by ją wetknąć. Trochę przeszkadzały mi wąsy. Łatwo było dostrzec, że nie nurkuję w wodach Wielkiej Rafy Koralowej u wschodnich wybrzeży Australii w towarzystwie długonogich Australijek marzących o karierze w Hollywood. Nie, nie było żadnych Australijek ani Egipcjanek - wielbicielek Mosfilmu. Nie wiły się wokół mnie tysiące gatunków tropikalnych ryb. Woda była zimna, rześka, przezroczysta, bogata w tlen, wiele obiecująca i zachęcająca. Pływałem w gęstej wodzie pod grubą warstwą opalizującego lodu z wmarzniętymi w nim srebrnymi pęcherzykami powietrza. Lód był gruby i nierówny - wyglądał tak, jakby ktoś regularnie wyjadał go od dołu dużą łyżką. Zdecydowanie nie było to dobre miejsce na zasadzenie pestki winogrona. Poruszałem więc z niezadowoleniem wąsami niczym Piłsudski, Klemens zresztą, gdy Aleksander III wysyłał go za nieładne sztuczki na Sybir. Mnie nikt nie musiał wysyłać na Sybir, bo już tam przebywałem. Dała mi to do zrozumienia skorupa lodu nad moją głową i wielki, koszmarny mors płynący mi naprzeciw. Ruch gęstej wody, którą mors rozpychał płetwami i grubym ciałem, przewrócił mnie na bok. Prawie metrowej długości kły morskiego potwora znalazły się tuż przed moimi oczami. Mors patrzył na mnie z bliska. Jego małe oczy, niewiele większe od metalowego rubla z lat powojennych, były niebieskie. Poczułem w tym momencie bezgraniczne zaufanie do tego archaicznego olbrzyma. Objąłem go za gruba szyję i pocałowałem. Mors dał mi trochę powietrza ze swoich płuc. Było gorące. Zrozumiałem nagłe, że bardzo chce mi się oddychać, że dawno nie oddychałem, że gdyby nie mors, w ogóle bym stracił przytomność i utopił się tu - pod grubą warstwą lodu, gdzieś na Sybirze, gdzie pieprz rośnie i Piłsudscy gliwieją. Mors to wszystko zrozumiał i powlókł mnie do najbardziej rozświetlonego miejsca w okolicy. Płynąłem na nim niczym Arion na delfinie i śpiewałem z werwą Hymn Wszechsłowiański z tekstem Samuela Tomašika w tłumaczeniu na język żmudzki:
Hej Słowianie, jeszcze nasza
Słowian mowa żyje,
póki nasze wierne serce
za nasz naród bije.
Żyje, żyje duch słowiański,
i żyć będzie wiecznie,
Gromy, piekło - złości waszej
ujdziem my bezpiecznie!
Mowę naszą ukochaną
Bóg nam zwierzył w darze,
wydrzeć nam ją - nikt na świecie
tego nie dokaże!
Ilu ludzi, tylu wrogów,
możem mieć na świecie,
Bóg jest z nami, kto nam wrogiem,
tego Bóg nasz zmiecie!
I niechaj się ponad nami
groźna burza wzniesie,
skała pęka, dąb się łamie,
ziemia niech się trzęsie.
My stoimy stale, pewnie,
jako mury grodu.
Czarna ziemio, pochłoń tego,
kto zdrajcą narodu!
Czarna ziemio, pochłoń tego,
kto zdrajcą naro...