"Ruski miesiąc" - fragment

Przenieśliśmy się z warszawskiej Starówki w inne miejsce. Dwie ulice dalej. Im dalej od staromiejskiego Urzędu Stanu Cywilnego, tym lepiej.
Przeprowadzka była długa i nudna. Woziłem nasze skarby samochodem i nosiłem w plecaku. Okazało się, że bardzo dużo posiadamy. Nie wiedziałem, że mamy tyle rzeczy. Podczas przeprowadzki znalazły się przedmioty, których dawno szukaliśmy, a ich nigdzie nie było – jakby zapadły się pod ziemię. Czułem się niczym Schliemann na wykopaliskach.
Cel polegający na oddaleniu się od staromiejskiego Urzędu Stanu Cywilnego został osiągnięty. Winszowaliśmy sobie wspaniałej wygranej. Został osiągnięty również drugi cel – nie oddalić się za bardzo od oddziału Mazowieckiego Urzędu Wojewódzkiego, który mieści się w kamienicy na rogu ulic Freta i Długiej.
Obcokrajowiec powinien mieszkać w pobliżu swojego Urzędu Wojewódzkiego, ponieważ ciągle ma tam coś do załatwienia. Życie cudzoziemca jest nieustającą serią niezapomnianych spotkań z błyskotliwymi urzędnikami.
Ja zawsze mieszkałem obok swojego Urzędu Wojewódzkiego: gdy był on na Kruczej, urzędowałem tuż za rogiem, na Wilczej; kiedy został przeniesiony na Andersa, zamieszkałem na Stawkach; a kiedy znalazł się na Długiej, przeprowadziłem się na Starówkę. Jesteśmy jak papużki nierozłączki. Zawsze siedzimy na tej samej gałązce i jest dla nas jasne, że bez siebie nie damy sobie rady – urząd zostanie bez moich pieniędzy, a ja bez dokumentów pozwalających na zamieszkiwanie w wolnym kraju.
W nowym miejscu bardzo nam się spodobało. Wszystko było pod ręką. W tym stacja warszawskiej podziemki. Byliśmy zadowoleni, że mieszkamy w samym centrum stolicy.
Oczywiście, jak wszędzie, były pewne drobne niedogodności, ale szybko do nich przywykliśmy. Ja osobiście najbardziej nie lubiłem tego, że w dwóch sklepikach spożywczych mieszczących się w naszej kamienicy zawsze ktoś za mną chodził, patrzył mi na ręce i zaglądał w oczy. Jakby to była miłość od pierwszego wejrzenia. Dla mnie to było nowe, nieznane dotąd doświadczenie. Ale przyzwyczaiłem się. I przeminęło. Tym bardziej że nic nie kradłem.
No i ser. I dżem. Ale to tylko trzy razy. Tylko trzy razy się zdarzyło, że były porośnięte gęstą watą pleśni. Odkrywałem to dopiero w domu i za każdym razem postanawiałem nikomu o tym nie mówić. Komu są potrzebne takie awantury – dopiero co się wprowadziłem i od razu mam zdradzić swoją twarz awanturnika? Nie, nie, nie, nie mogłem tego zrobić. My, Rosjanie, dobrze wiemy, że do cudzego klasztoru swych reguł się nie zabiera. Mamy takie powiedzenie: В чужой монастырь со своим уставом не ходят. Postanowiłem zaufać doświadczeniu przodków.
Pewnego dnia w sklepie, wobec którego zastosowałem radę swoich przodków, zauważyłem nowy rodzaj pieczywa. Podniosłem okrągły chleb zapakowany w przezroczystą, szeleszczącą folię i ze wzruszeniem przeczytałem: „Chleb rosyjski”.
No proszę! – zachwyciłem się – chleb rosyjski! I nie byle gdzie, tylko w miejscu, do którego właśnie się przeprowadziłem. To był dobry znak. Rozglądałem się ze wzruszeniem w oczach – z kim by tu podzielić się tą radosną nowiną? Zbliżał się do mnie facet, który najczęściej i najbardziej namolnie mnie śledził. Miałem do niego wiele pytań. Tysiące pytań cisnęły się mi na usta. Skąd ten chleb? Jak często bywa? Kto go produkuje?
– Czemu nie było go wcześniej?…
Facet podszedł i powiedział:
– Nowy dobry chleb, proszę pana, proszę wierzyć, naprawdę dobry, to tylko taka nazwa.

Kupiłem rosyjski chleb i wróciłem do domu.
Rodziły się i pączkowały we mnie kompleksy mniejszości narodowej. Moje tygrysie pazury stały się podobne do mysich paznokietków. Musiałem natychmiast zacząć z tym walczyć. Nie lubię gryzoni.
Włożyłem pasiastą marynarską koszulkę. Naszykowałem czekoladki moskiewskie. I puściłem sobie film Ночной дозор.
Tak – pomyślałem – będę przywoził jeszcze więcej czekoladek moskiewskich i nowych rosyjskich filmów. I suszone ryby. Tak, suszone ryby. Dużo suszonych ryb – w nich tkwi nasza niezłomna rosyjskość. I wstawię sobie złote zęby.

Jestem zadowolony z tego, że urodziłem się w Rosji. Ale czasem jednak żałuję, że nie urodziłem się w Afganistanie, Rwandzie czy Myanmarze.
Będąc Rosjaninem, czuję się w Polsce bezpiecznie, ponieważ nasze rosyjskie strachy są straszniejsze niż strachy polskie, a nasza rosyjska dzikość jest dziksza niż polska dzikość. Jestem zahartowany i doświadczony, nic mnie w Polsce czy w takiej, powiedzmy, Hiszpanii nie zaskoczy. Poszczęściło mi się. Upiekło.
Ale jednak lepiej byłoby urodzić się w Afganistanie, Rwandzie lub Myanmarze. Będąc Rosjaninem, czuję się bezpiecznie w Polsce, ale na przykład w Afganistanie – już nie. Ten, kto urodził się i dorastał w Afganistanie, wszędzie może się czuć dobrze – w Rosji, w Polsce, we Francji czy w Australii. Takiego kogoś nikt nigdzie niczym nie zaskoczy. Może bezpiecznie podróżować po całym świecie: w krajach kulturalnych nic mu nie grozi, a w krajach kulturalnych inaczej jest swoim chłopem. Wyjrzeć na świat z Afganistanu to prawdziwa rozkosz i marzenie.
Moje myśli na temat Rosji, Polski, Afganistanu i Susła przerwał Maks. Zadzwonił i zaczął opowiadać o swoim lataniu myśliwcem Suchoj Su-37 „Terminator”. Odwdzięczyłem się mu, zdając relację ze swojego stania na balkonie.
– Spędziłem dziś na balkonie całe przedpołudnie, ale niestety nic nie zobaczyłem – zwierzyłem się.
– Może jeszcze za wcześnie? – zapytał Maks.
– Dlaczego za wcześnie?! Skąd ta pewność? Już powinny być!
Potem rozmawialiśmy o palcach.
– Czy twoja Kasia ma fajne palce? – zapytałem znienacka.
– Ma się rozumieć.
– Lubisz jej palce?
– Oczywiście.
Z intonacji wywnioskowałem, że Maks nic nie wie o palcach swojej narzeczonej. Jaki z niego nupturient, skoro nie zna się na palcach panny młodej? Taki z niego nupturient jak ze mnie prezbiter. Ale przecież wtedy nie wiedzieliśmy jeszcze, że jesteśmy nupturientami.
Palce zawsze były dla mnie bardzo ważne. Patrząc na kobietę, badałem przede wszystkim jej dłonie i palce. Lubię, kiedy dłonie i palce kobiety są długie i smukłe. Nie lubię natomiast, gdy wyglądają jak łopaty z serdelkami. Kwestia gustu.
Teraz, tuż przed ślubem – dopiero przed ślubem! – nagle zdałem sobie sprawę, że kiedy poznałem Stasię, w ogóle nie popatrzyłem na jej palce. A co, jeśli one są jak kiełbaski myśliwskie? Ta myśl, z pewnością wysłana telepatycznie przez samego prezesa Światowego Stowarzyszenia Wiecznych Kawalerów, stała się myślą dnia. Cierpiałem katusze – Stasia była w pracy, więc nie mogłem szybko sprawdzić, jakie ma palce.
Siedziałem w domu, preparowałem motyle, które przywiozłem z ostatniej wyprawy na Madagaskar, i myślałem o palcach Stasi.
Wreszcie nie wytrzymałem i zadzwoniłem do niej.
– Powiedz, Stasiu, jakie ty masz palce? – zapytałem, zachowując stoicki spokój, jakby każda nasza rozmowa telefoniczna zaczynała się od tematu palców.
– Stęskniłeś się za moimi paluszkami? – roześmiała się Stasia, dając do zrozumienia, że to pytanie jest dla niej dowodem na to, iż zaczynam kochać ją bardziej.
– Bardzo. Bardzo stęskniłem się. Zmierz je, proszę, linijką wzdłuż i wszerz i powiedz mi, jaki jest stosunek długości do szerokości.
Stasia zrozumiała, że oprócz problemu ze zmierzającymi w złym kierunku wydeptywaczami ścieżek mam jeszcze inny, o którym nic wcześniej nie mówiłem. I bynajmniej nie jest to alkohol, co próbowała mi niedawno imputować.
Stasia to kochana dziewczyna. O nic nie pytała, tylko zmierzyła swoje palce i podała mi mailem stosunek długości do szerokości: palec środkowy – 9,5 cm:1,8 cm (mierząc szerokość u nasady) = 5,28.
Ważyła się przyszłość mojego związku! Boże, co ja jej powiem, jeśli 5,28 to za mało?
Szybko wyjąłem z szuflady małą przezroczystą ekierkę z napisem HI-LINE. Miała niecałe 10 cm. Powinno wystarczyć. Nagle dostałem takiego łomotania serca, że musiałem się zatrzymać, wyciszyć i pomyśleć o czymś przyjemnym. Pomyślałem o radości życia w wolnym kraju.
Zmierzyłem swój palec środkowy. 9,5 cm:1,8 cm = 5,28!
To, oczywiście, nie mógł być przypadek. Nie ma takich przypadków. Świat nie jest taki głupi, żeby takie przypadki w nim się panoszyły. W jednej chwili zrozumiałem, co to znaczy kochać kogoś bardziej.
Poczułem, że właśnie odleciałem myśliwcem Suchoj Su-37 z prędkością 100 machów. Nie, 1000 machów. Wgniotło mnie w fotel.
Zadzwoniłem do Maksyma:
– Wiesz, Maks, że dzisiaj jest dzień palca?
Maks nie wiedział.
– A więc wiedz, przyjacielu. Dziś jest Dzień Palca!
Chciałem również dodać, że to nie jest byle jaki palec, na przykład palec Gorbaczowa (choć on akurat raczej nie ma palca), tylko palec boży. Stwierdziłem jednak, że Maks tego nie zrozumie. Jego stosunek do palca bożego jest inny. W tym punkcie nasze wyobrażenia o wszechświecie nie pokrywają się.
– Czy w samolocie Suchoj Su-37 jest spadochron? – zapytałem przyjaciela na pożegnanie.
– Tak, ale najpierw musisz się katapultować.
I katapultowałem się.
Po tym, jak się katapultowałem, przyszła Stasia i kolejny raz stwierdziła, że alkohol jednak jest moim problemem. Mógłbym zaprzeczyć, nie zgodzić się, wyrazić swój sprzeciw… ale nie mogłem. Nie byłem w stanie.
Oczywiście nie miała racji.

Po Dniu Palca postanowiliśmy zrobić sobie jakiś prezent. Uczcić nasze 5,28. Pojechaliśmy na warszawski pchli targ, bazarek ze starociami – tak zwane Koło. Chcieliśmy coś sobie kupić na pamiątkę tamtego dnia.
Chłam obficie wysypany na szmaty rozłożone na chodnikach absolutnie mnie zaczarował. Byłem po raz pierwszy na warszawskim Kole. Wyjąłem aparat i łapczywie fotografowałem te przeróżne bogactwa i wyrafinowanych twarzowców pomykających tu i ówdzie. Zdążyłem zrobić zaledwie dziesięć zdjęć, gdy dobiegła mnie fala szmeru niezadowolenia. Twarzowce raźnie wyrażały swoje oburzenie: „Jak pan śmie nas fotografować?! Zapytał pan, czy można?! Nie chcemy! Nie zgadzamy się! Idź pan stąd!”
Poczuliśmy się nieswojo. Nawet trochę jak nie w Warszawie – stolicy wolnego kraju. Brać z bazaru najeżyła się i patrzała spode łba. Poczułem, że niebawem zostanie osiągnięta masa krytyczna.
– Chyba zaraz skopią mi tyłek – powiedziałem do Stasi. – A jeśli dowiedzą się, że jestem cudzoziemcem, to chyba mnie tu zabiją. Zadźgają jakimś zardzewiałym Orderem Odrodzenia Polski. Wsadzą mi Polonię Restitutę tam, gdzie raki nie zimują. Schowałem aparat i rozpłynęliśmy się w tłumie niczym federalne inwestycje w Czeczenii.
Po chwili jednak nie wytrzymałem. Z bezpiecznej odległości zobaczyłem malowniczego brodacza. Miał na głowie wspaniały skórzany kapelusz z dużym piórem, na rękach czarne koronkowe rękawiczki, a na piersi – dużą blaszaną manierkę, zawieszoną na grubym sznurze, który oplatał jego szyję. Ale najlepsza była broda – profesjonalna, bardzo długa, szeroka, obfita, starannie utrzymana i prawie śnieżnobiała.
Brodacz też mnie zauważył. To zdumiewające, jacy czujni są ludzie w wolnych krajach!
Posiadacz czarodziejskiego kapelusza i niezwykłej brody dostrzegł mnie i mój aparat. Szybkim krokiem ruszył w naszym kierunku. Idąc na wpół zgiętych nogach, chował się za ludźmi i odwracał twarz, żebym nie mógł go sfotografować. Oczywiście zrobiłem mu kilka całkiem ładnych zdjęć, ponieważ miałem dobry teleobiektyw.
Zadowolony, że go nie sfotografowałem, brodacz zbliżył się do nas, zakrywając twarz jakimś pisemkiem, którego całą okładkę zajmowała wzruszona twarz Hitlera, wysyczał coś pod moim adresem i rzucił się w wartki, coraz gęstszy ludzki potok, szemrzący i falujący dookoła nas i całego Koła. Usłyszałem za plecami wyraźne: „Trzeba mu film zabrać albo cały aparat”. „I kopa!” – dodał ktoś inny, głosem zdradzającym regularne picie. Stasia wzięła mnie pod rękę i mocno przylgnęła do mnie całym ciałem.
Poszliśmy do części środkowej targowiska. Nie miałem już odwagi fotografować tych wszystkich połamanych krucyfiksów, mebli indyjskich, wag, starych luster, zaśniedziałych sreber i gór czegoś, czego nie umiałem nazwać. Ale przy gramofonie znowu nie wytrzymałem.
– Proszę pana, czy mogę sfotografować pański gramofon? – zapytałem najuprzejmiej, tak jak się pyta w wolnych krajach.
– Nie! – odciął się sprzedawca, facio w krótkiej, czarnej skórzanej kurtce. Miał resztki jedzenia w zaniedbanych wąsach.
I wtedy nagle usłyszałem: „Niech pan mnie sfotografuje!” Człowiek tkwiący w środku koszmarnej kupy żelastwa chciał, bym go sfotografował. Sam tego chciał! Zastygł dumnie, trzymając w rękach jakieś zardzewiałe przedmioty – ni to wagi, ni to maszyny do szycia. Tak, fotografia stanowiska pracy to ważna rzecz. Nikt nigdy mu nie zrobił takiego zdjęcia.
– Nie mam takiej foty – bardzo poważnie powiedział właściciel góry żelaza. Było po nim widać, że to ważny dla niego dzień. W pewnym sensie święto.
– Proszę bardzo, będzie pan miał – odparłem na luzie, uradowany faktem, że znowu mogę bezkarnie robić zdjęcia w wolnym kraju.
– Dziękuję ślicznie, proszę sobie coś wybrać. – Władca żelastwa wskazał szerokim, wielkopańskim gestem na swoje skarby.
– Co? – zapytałem z lękiem. Widok skorodowanego metalu zawsze budzi u mnie odrazę.
– Coś zawsze można wybrać, może podkowę?
I zostaliśmy szczęśliwymi właścicielami starożytnej podkowy, którą pomalowałem i przymocowałem na ścianie w kuchni.